Obóz snowboardowy forty-four.pl – Les 2 alpes

Forty-Four.pl w Les 2 ALpes
20-29 kwiecień 2007

 

Dublin, Londyn, Warszawa, Gdynia, Łódź, Poznań, Wrocław, Wodzisław, Katowice, Szczyrk, Bielsko i jeszcze kilka innych miast, miasteczek skąd ludzie wysłali maile, aby zapisać się na listę forty-four.pl- Les2Alpes kwiecień 2007. Lista miała 56 pozycji. Wśród kobiet i mężczyzn; ceprów, Ślązaków i Górali; kwiatu polskiej młodzieży znaleźli się narciarze i snowboardziści. Wysocy, niscy, spokojni, nieco mniej spokojni, blondynki, bruneci, Rudy. Wszyscy mieli jeden i ten sam cel. Francuskie Alpy, wioskę Les Deux Alpes, snowpark na 2600 m.n.p.m., lodowiec Le Mentel na 3600 m.n.p.m. białe szaleństwo na desce i nartach i bogate Apres Ski/Snowboard przygotowane w Barze The Lounge i Avalanche. 1600km od miejsca zbiórki na dolnej płycie dworca PKS Bielsko-Biała do miejscowości Les2Alpes pokonane w 25 godzin dało wiele do myślenia i do wlania w ciała polskich riderów.
Cytrynówka mistrz mówią jedni, haribo mniam mówią drudzy, gdzie te Alpy pyta Ogień. Droga długa prosta potem kręta i mocno pod górkę jak na Przełęcz Salmopolską tylko ociupinę stromiej i fest wyżej. Wyjeżdżamy w piątek o 16.00 a francuskie Les2Alpes wita nas opłakane deszczem o 17.00 dnia następnego. Apartamentowiec Meijotel czeka na inwazję forty-four.pl. Zostawiam ludzi w autobusie i pędzę do Agencji. Nie wierzę własnym oczom. Daniel Kempny mój ulubiony góral macha do mnie łapskiem z szerokim uśmiechem na twarzy. Angole dolecieli: „no hejże kruca Monia witojcie kochani, gdzie mieszkacie? Cytrynówka czeka.” Raz dwa płacę kaucje, raz dwa odbieram klucze i skipassy, raz dwa kwateruję ludzi i na trzy padam na swe łóżko. Za chwilę zastrzyk energii po pysznych krokietach, pędzę wieszać banery na balkonach i potem zbieram się rozdać skipassy. Brakuje mi sił. Nie spałam ani minutki podczas podróży i czuję swe wysuszone, zmęczone oczy. Pani wychowawczyni!- woła skądś Wojtek Jakubowski. Ja wiem, ze trzeba iść na cytrynówkę, ale potrzebuję odrobinę oddechu. Team Braci Lohman i Kordek zabierają ekipę na punkt widokowy- na skarpę. Nie przeszkadza nikomu czarna noc i fakt, że ktoś w charakterze ochrony wygania nas znad przepaści krzycząc, że jest niebezpiecznie i że właśnie ktoś spadł. Helikopter krąży po ciemnym niebie a my raczymy się napojem ze Skrzycznego. Ta historia nie ma jeszcze swego końca. Jednak ja poznałam go dopiero rankiem. Pozwolę sobie więc przytoczyć opowieść, którą poznały me uszy o świcie. Flying Giko to dobry tytuł na początek relacji. Radek po prostu poszedł ciemną nocą na spacer i już nie wrócił z niego o własnych siłach lecz został odwieziony helikopterem do szpitala. To właśnie tej nocy, kiedy podziwialiśmy niewidoczną skarpę i to właśnie ten helikopter, który fruwał nad nami odegrał główną rolę w historii Giko. Giko spadł ze skarpy bo przeskoczył płot domostwa gdzie poszczuto go psem. Poszczuto go francuskim kundlem bo Giko huśtał się na francuskiej huśtawce. Cudem przeżył lekko odrapując swe polskie, zpromilowane ciało. Po dwóch dniach wypoczynku Giko pojawił się w snowparku i jeździł sobie po francuskich Alpach jakby nic się nie stało. Wracam do wieczora pierwszego. Przebieram się i śmigam do The Lounge przywitać się z Danielem Citee. Ojej, ale powitania. Wpadam w wir imprezy. Zaczęło się niewinnie, skończyło się na piętrze w Avalanche, gdzie poznaje właściciela knajpy Borysa. Borys kontrowersyjna postać z korzeniami polskimi. Ustalamy, że to tu zamkniemy Forty-four.pl snow show w piątek przed wyjazdem. Rach ciach. Wracamy na balety. Padam na twarz.

Niedzielny poranek wita nas błękitnym niebem. Nic nie widzę bo oczy zmęczone zaklajstrowały się i nie mogę ich otworzyć. Kasia prowadzi mnie do umywalki i pomaga oczyścić zlepione rzęsy. Pani instruktor narciarstwa Katarzyna eS, pani organizator Monika Pe, narciarz Seba stoją jako pierwsi w kolejce do gondolki, rach ciach wsiadają jako pierwsi i smygają na górę. Piękna pogoda jak z obrazka, trasy wyratrakowane wyglądają jak stół nakryty sztruksem. Rankiem lekki mrozik trzyma przy ziemi, więc jazda naprawdę jest szybka.

Organizujemy się w chill zone w snowparku. Spotkanie z instruktorami i zajęcia ruszają. Arek Dziergas porywa snowboardzistów a Kasia Siuciak narciarzy. Błażej Zachariasz, Mirek Skwierawski nasi nadworni fotografowie ogarniają pierwsze spotkanie z miejscówką i podążają za instruktorami lub w teren. Szymon Fabrowicz kamerzysta pełną gębą będzie miał piękne pole do popisu. Pogoda na medal czas ruszać na trasy. Mroźne powietrze powoli nabiera łagodnego ciepła a śnieg odpuszcza formę betonu. Widoki zapierają dech w piersiach. Jestem tu czwarty raz, ale za każdym razem Alpy powalają mnie na kolana.
Ostre szczyty poprusozne śniegiem na tle błękitnego nieba w promieniach słonecznych. Filterki idą w ruch. 50-tka trzy razy dziennie to minimum i obowiązkowe UV w kredce na usta. Parzy słońce, ale jeszcze nikt tego nie czuje. Niedzielny dzień to wielki rekonesans. Jedni w snowparku badają przeszkody, inni sprawdzają szanse na freeride a jeszcze inni liczą, że sztruks będzie cały dzień. Uczniowie poznają swych instruktorów, personel swe pole do działania. Mapki, drogowskazy, nowe trasy, brak freeridu, słońce, widoki, śnieg….piękna niedziela kiedy inni siedzą przed telewizorami i oglądają „Na dobre i na złe”.

Forty-four.pl Snow Show rusza w The Lounge pełną parą z cytrynówką w tle. Diabełki Kasia i Monika upajają góralskim trunkiem kolejnych gości. Jeden kubeczek, drugi kubeczek… tego gościa mamy z głowy. Górale z Beskidów trzymają fason, ale też diabełki dają im radę. Cytrynówka eliminuje kilku zawodników i kiedy dno ukazuje się uroczyście diabełki ruszają na parkiet. Tequila raz, tequila dwa… bracia Skwarka fundują mi meksykański wieczór w rytm muzyki naszego ulubionego DJ Chrissa Jaxxa. Różki zmieniają właścicieli i tak powstaje nowa postać: Muti Ostatni Jednorożec. Ta impreza trwała do późnych godzin wieczornych czy też do wczesnych porannych.

Kolejny dzionek po imprezie. Niektórzy utknęli w łóżkach, więc zajęcia na stoku zostały przesunięte. W takim razie atakujemy trasy. Rozgrzewka i badanie nowych ciekawych miejscówek. Kris zarządza dziś wyprawę na freeride do La Grave. Fotograf Mirek, Ania i ja oraz Kris, Pływak, Bart, Piotrek i Olek dzielnie docieramy do schroniska nad La Grave. Planujemy zjazd niżej, ale warunki śniegowe są krótko mówiąc marne, więc rezygnujemy. Backcountry i freeride? Hasło fotografa odstrasza narciarzy a my pozostajemy na sesji. Freeride to może za dużo powiedziane patrząc na 5cm puchu, no ale powiedzmy, że coś z tego będzie. Sesja udała się na medal. Słońce, lodowiec, iskrzący śnieg i my napieramy na szkiełko. Piknik na lodowcu o mało nie kończy się tragicznie dla Krisa. Wpadł w dziurę i dzięki wielkiemu szczęściu utknął tuż przy krawędzi odłamanej warstwy lodu.

Powoli opuszczamy lodowiec kierując się w stronę tras. Watersplash. Zmrożona alpejska kałuża. Jedni mówią, że miała głębokość metra inni metr dwadzieścia. Ja tego nie wiem bo udało mi się na desce ją pokonać, ale Qris z Poznania mógłby powiedzieć na ten temat coś więcej. Qris początkujący rider, uczeń Dziary postanowił zaatakować ten wynalazek przyrody i… i plum. Qris tego dnia przyjął nową ksywę nurek. Zbyt wolny najazd, plecak na plecach, nose wbija się pod wodę. Poszedł cały w głębiny. Kiedy się wynurzył zdążył ściągnąć gogle i ciężar ciała z deską zaczął wciągać go do zbiornika. Akcja ratunkowa odbyła się dość sprawnie a Qris po tym wszystkim nawet się nie pochorował. Dzielny chłopak. Respect Qris za odwagę. Nie każdy zdecydował się na ślizg po tafli.

Ulala już wtorek i zaczynają się śmiałe skoki. Poranek lekko na stresie wszystko mnie drażni. Sprawdziłam jak personel działa i złapałam Krisa z ekipą. „weźcie mnie ze sobą bo praca mi się naprzykrza”. „Dziś pojedziemy tu i tu, wiesz do starej gondoli prawie na sam dół.” Gotowa to jazdy porzuciłam swą kurtkę i radiolkę i smygnęłam w dół rach ciach. Przy starej gondoli 'error’. Pani sprawdza skipassy a ja zostawiłam kurtkę w snowparku a do kurtki na sznureczku przywiązany jest skipass. Pani napina równo do Krisa po francusku tłumacząc, że mnie nie puści i koniec. No ale Kris nie kuma francuskiego, więc wytłumaczyłam to pani, która nadal się upierała i kazała mi wysłać kompana po karnet. No jasne już jedzie… Przemknęliśmy krzesłem raz, drugim krzesłem no i dotarliśmy do snowparku okrężną drogą skąd zabrałam skipassik i przytwierdziłam do spodenek. Teraz ubieramy narteczki i śmigamy. Po drodze na dropie spotykamy Bataleon Squad i przyglądamy się skokom Dziary, Vampira, Rudego i Tadzika. I tak minął kolejny piękny słoneczny dzień na Lodowcu Le Mentel.

Środa. Dziś śmigam na swych nowych nartach freestylowych. Dynastar Trouble Maker. Czy faktycznie mam obawiać się kłopotów? Mini snowparki na trasie, wąwozy wszystko to pokonuję gładko na mych nartkach. Podoba mi się jak diabli. Stare dobre narciarskie czasy wracają a do tego new school kręci fest. Skaczę gdzie tylko się da korzystając z rad Barta. „Zrób tak i tak, skocz tam i chwyć nartę tak”- no extra już się robi. I skoczyłam safety. Ha, ale jazda, juhu! Dziś kolejna ekipa atakuje lodowiec i schronisko nad La Grave. Fotosesja Ognia super mistrz. Wieczór spokojny w The Lounge no i spacery po wioseczce. Część ekipy udała się do lokali oglądać ligę mistrzów no a ja z Kachą spacerujemy uliczkami. Cukiernia Margolee nadal szczyci się fontanną z czekoladą. Przyklejasz nos do szyby a na widok czekolady ślinka spływa po brodzie. Słodycze piękne, może i smaczne nawet, ale ja nie zamierzam płacić 7 euro za czekoladkę wielkości gumy huba-buba. Bez popadania w skrajność. Popatrzę sobie na to dziś i jutro i pojutrze też. Sklepiki mimo końca sezonu nie powalają zbyt szokującymi wyprzedażami, więc właściwie souvenirów w postaci sprzętu raczej nie będzie. Idę więc dalej… o jest piekarenka. Rogale, bagiety, ciasteczka i brownie. Smaczne klejące brownie. Sklepy ze sprzętem, czaperami, okularami i goglami. Widokówki, karty, fotografie i zakładki. Tyle tego, że dusza mówi „nie pragnę już więcej” a mi się nic nie podoba. Czy to paranoja? W Bresilien impreza warszawki daje popalić. Ludzie tańcują na rurkach, pudłach, stołach i głośnikach. Szaleństwo na całego, ale czujemy, że sen nas morzy. Dla nas to koniec na dziś.

Poranek zachmurzony. Ktoś nas straszył, że od dziś będzie sypało śniegiem, wiało i z jazdy nici. Z jednej strony mamy szansę wreszcie na freeride, ale z drugiej jak będzie silny wiatr to istnieje ryzyko zamknięcia gondol. Wyjeżdżamy na górę i pogoda faktycznie nie nastraja do jazdy. Do południa od niechcenia lawirujemy między wąwozem a trasą ośmioosobowej kanapy. Pada hasło grota lodowa. Ekipa zbiera się na szczycie i idą zwiedzać lodowe rzeźby. Kilkanaście osób atakuje lodowe bloki wskakując, kładąc się gdzie popadnie. Sesja naprawdę wygląda dobrze. W sumie i tak na zewnątrz jest marne światło, więc pomysł bardzo na rękę. Stogu przybija gwoździa w lodowym barze a Dziara zbiera się do po południowej drzemki w ramionach lodowego skrzata. Jest fajnie. Po sesji spotykamy się w snowparku i nagle leniwe chmury schodzą z nieba odkrywając słońce. Nieprawdopodobne jak szybko zrobiło się jasno i ciepło. Plażing na całego. Miła niespodzianka na koniec dnia szkoda tylko tego zaplanowanego w marzeniach freeridu. Wieczór to jedna wielka zrywka bo Kolos ma urodziny. To co działo się w wiosce to wiedzą chyba tylko Francuzi, którzy zwykle po jednym drinku udają się na spoczynek i zanim zamkną oczy oglądają szaleństwa Polaków. Wszystko zaczyna się w hotelu skąd przepędziła nas gendermeria, potem The Lounge i oczywiście Bresilien do samego rańca. Jaki będzie opis wieczoru? Brak filmu. Koniec opisu. Biedni zmęczeni sportowcy. Sto lat Kolosowi! Uwaga ostatni dzień na stoku. Plan był bogaty, ale po wczorajszym braku opisu nikt nie zdołał przygotować kostiumów na stok. Lata osiemdziesiąte miały dziś królować, ale tylko nasza Ania Czarna Mamba uratowała honor drużyny. Różowe włosy, różowy podkoszulek i wszystko gra. Fason jednoosobowy zachowany. Delektujemy się ostatnimi zjazdami, skokami. Wdychamy powietrze na zapas, żeby nie zapomnieć zapachu gór. Ostatnie spojrzenia, fotografia rodzinna z latającym Gibonem i chyba pora zjeżdżać na dół. Pożegnalne party startuje z wielką pompą w Klubie The Lounge w rytm setów Dj Chrisa Jaxxa i Kaniabisa. Wszyscy balują i każdy daje z siebie wszystko bo przecież po raz ostatni bawimy się w tym składzie. O północy przenosimy się na balety pięterko wyżej do Klubu Avalanche. To co działo się na parkiecie jest troszkę trudne do opisania, więc polecam fotosesję. Tej nocy każdy wybawił się do granic możliwości. Uwierzcie mi każdy 😉 nawet szef forty-four.pl pan Kozik ;). Wróciłam do pokoju i nie musiałam zapalać światła. Poranek przywitał mnie w ciszy. Położyłam głowę i nagle czuję jak ktoś mnie budzi żegnając się ze mną czule. O rety to Krzychu wraca do Dublina i wpadł powiedzieć pa. Historia Krzycha ciągnie się jeszcze do chwil spędzonych na lotnisku, kiedy zdenerwowany wyrzuca buty do kosza i paraduje po holu lotniska w japonkach opasany samym ręcznikiem. Ochrona musiała interweniować a fotografie są naprawdę zabawne. Pa Krzychu i Danielu i Szpiq też.

„Żal Ci tego wszystkiego?” „A Tobie nie?” Pięć i pół dnia pełnego słońca, śniegu więcej niż w Beskidach, snowpark marzenie, sztruksowe trasy, turkus lodowca. Opalone twarze i białe zęby. Śmiech Stożka, broda Kozika, elegancja Mamby, śmigająca Kaśka. Narty, deski, grill i my wszyscy. Czy jest nam żal? Mówi się, że to pytanie retoryczne. Forty-four.pl Crew dziękuje serdecznie wszystkim pracownikom, przyjaciołom, znajomym i wszystkim nowopoznanym ludziom z całej Polski za chwile spędzone na stoku i poza nim. Zabawa była przednia i żal serce ściska, że to już koniec, jednak uśmiech wzbudza fakt, że zawsze możemy pojechać podbijać kolejne stoki wspólnie. Zapraszamy wkrótce! BYŁO WYSOKO!